Między innymi komentarze o takiej treści zamieszczacie na naszym facebookowym profilu, przypominając przy okazji, że „za sianie propagandy o świrusie biorą dużą kasę i robią pranie mózgu ludziom”. W takim razie bardzo uważnie przeczytajcie ten tekst, będący relacjami trojga osób. Dwóch pracowników Urzędu Miejskiego i jednego z sulejowskich radnych. Wszyscy są młodzi, więc teoretycznie najmniej narażeni na zakażenie koronawirusem, a mimo to musieli się z nim zmierzyć i ostatecznie pokonali wirusa SARS-CoV-2, choć nie bez przeszkód.

Marlena

O tym, że jest zarażona dowiedziała się 13 lipca, wcześniej wynik testu był niejednoznaczny. Kwarantanna była dla niej ogromnym stresem, ponieważ najbardziej bała się, żeby nie zarazić rodziny w tym m.in. starszej teściowej, która ma tzw. choroby współistniejące i byłoby to dla niej śmiertelne niebezpieczeństwo. Nikt oprócz niej się jednak nie zaraził. Marlena nie czuła się najlepiej, gorączkowała i była osłabiona, a w nocy nie mogła spać z powodu bólu głowy. Straciła węch, smak i częściowo słuch. Jej mąż i córka byli przerażeni, ponieważ zdawali sobie sprawę z tego, że jej stan może się pogorszyć. Objawy ustąpiły po kilkunastu dniach, a 26 lipca Marlena dowiedziała się, że już jest zdrowa. Poczuła jakby urosły jej skrzydła, najszczęśliwszym momentem było dla niej przytulenie córki. Nigdy nie zapomni tego uczucia. Nadal jest osłabiona i ma problemy z koncentracją. Apeluje, aby nie bagatelizować tej choroby, bo to na pewno nie jest zwykła grypa, co tak często słyszymy.

Michał

Zwykłej grypy ta choroba nie przypominała również w przypadku Michała, który datę 6 lipca 2020 roku zapamięta na długo, wówczas dowiedział się, że jest „pozytywny”. Test wykonano mu 4 lipca w ramach badań przesiewowych, zorganizowanych przez Urząd Gminy w Mniszkowie, gdzie Michał pracuje. To właśnie tam do niedawna było jedno z największych ognisk tej choroby. Michał natychmiast został odizolowany i przeniósł się na piętro swojego domu, jego córki i żonę objęto kwarantanną. Dzieci codziennie krzyczały „tato, tato”, a on nie mógł nic zrobić i to bolało go najbardziej. Przez pierwszy tydzień bardzo pomogli im sąsiedzi, a Michał czuł się całkiem dobrze. W drugim tygodniu było już gorzej, stracił smak, węch, pojawiły się gorączka, katar i ogólne osłabienie. W końcu poczuł się lepiej, a 17 lipca dowiedział się, że jest „czysty”. Gdy zszedł na dół poczuł ogromną ulgę, poczuł się jak młody chłopak, który pożegnawszy się z rodzicami, wyjechał na kolonię, a gdy po trzech tygodniach wrócił do domu, wydawało mu się jakby trawa była bardziej zielona, słońce mocniej świeciło, a powietrze było niezwykle czyste. Michał podchodził do choroby sceptycznie, dopóki sam nie zachorował, ale po tym, co przeżyła jego rodzina i koledzy z pracy apeluje o rozwagę i ostrożność. Pięciu jego znajomych wylądowało w szpitalu, jedna z nich niestety zmarła, a mogła żyć jeszcze co najmniej kilkanaście lat.

Kamil

Jest jednym z tych znajomych Michała, którzy trafili do szpitala. 7 lipca obudził się z gorączką i ogólnym osłabieniem, zadzwonił do pracy, że źle się czuje i na wszelki wypadek zostanie w domu. Kilka godzin później zadzwonił do niego burmistrz, który poinformował go, że u Michała potwierdzono koronawirusa, więc najlepiej niech zostanie w domu. Mężczyzna natychmiast zadzwonił do Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Piotrkowie Trybunalskim i objęto go kwarantanną. Zainstalował obowiązkową aplikację w telefonie i szybko zadzwonił do żony, która była w pracy, ona też natychmiast wróciła do domu i również została objęta kwarantanną. U niej objawy pojawiły się dwa dni później: katar, gorączka, osłabienie i paskudny, duszący kaszel. Przez tydzień leczyli się w domu, ale nie było żadnej poprawy, mało tego mężczyzna miał coraz wyższą gorączkę, a u kobiety pojawiły się duszności. Długo się nie zastanawiali, zadzwonili do Sanepidu, a panie natychmiast wysłały ambulans. Sprzed bloku odjechali na sygnale odprowadzeni do karetki przez sanitariuszy odzianych w kosmiczne kombinezony. Nie wiedzieli co będzie dalej. Zawieziono ich do Samodzielnego Szpitala Wojewódzkiego im. dr Wł. Biegańskiego. Natychmiast pobrano im krew, zrobiono EKG, zmierzono saturację i zaaplikowano leki. Pierwszą noc przespali spokojnie, było im łatwiej, bo trafili do wspólnej sali. Byli razem. Po trzech dniach objawy ustąpiły. Dla mężczyzny dużo gorsze niż objawy choroby okazały efekty uboczne zaaplikowanych leków. Po kilku dniach kolejny test, przeprowadzony u Kamila wyszedł negatywny, odetchnął, nawet nie czekał na wypis, prawie natychmiast wybiegł ze szpitala, wiedział, że teraz będzie już tylko lepiej. Delektował się każdą chwilą jadąc na dworzec, a później wracając pociągiem. W końcu wszedł do domu, przytulił stęsknione koty i pojechał do rodziców. Wrócił do domu i próbował usnąć, ale efekty uboczne leków nie odpuszczały. Problemy ze snem zostały do dziś, pozostałe niepożądane skutki ustąpiły dopiero w poniedziałek. Kamil nie może doczekać się spotkania z żoną, która też już wyszła ze szpitala, nadal jednak jest „pozytywna” i czeka na kolejny test, boi się, że też będzie dodatni, w końcu w niektórych przypadkach wirus utrzymuje się w organizmie nawet przez 2 miesiące. Cieszy się jednak, że już jest w domu, bo niektórzy leżą na szpitalnym oddziale od 5 tygodni. Psychicznie odżyła i czuje się coraz lepiej. W dniu wyjścia kobiety ze szpitala, dowiedzieli się, że mężczyzna, który leżał w sali obok nich prawdopodobnie zmarł, a wydawało się, że jest w takim samym stanie jak oni, i w podobnym wieku. Pewnego dnia usłyszeli jak zaczyna się dusić, lekarze wbiegli zaczęli go reanimować i w końcu wywieźli z sali. Niewykluczone, że w jego organizmie powstał skrzep. Oni dostawali heparynę, która miała temu zapobiec, ale do dzisiaj zastanawiają się co by było, gdyby trafili do szpitala kilka godzin później. Kamil spędził w szpitalu 10 dni, jego żona 15. Przez cały ten czas obowiązywał bezwzględny zakaz opuszczania pokoju, co po kilku dniach doprowadza do pewnego rodzaju psychozy. Ponadto podczas wejścia kogokolwiek do pokoju trzeba było natychmiast założyć maseczkę. Oczywiście obydwoje nie chcą tam wracać, ale są bardzo wdzięczni lekarzom i pielęgniarkom, których uważają za bohaterów, za wspaniałą opiekę na oddziale, który jest prowadzony na najwyższym, światowym wręcz poziomie. Nigdy nie zapomną tej „koronaprzygody”. Przez trzy miesiące będą bezpieczni, bo wytworzyli przeciwciała, co będzie dalej nie wiadomo. Oczywiście oddadzą osocze, żeby pomóc innym i już dzisiaj są pewni, że się zaszczepią, również na grypę, choć nigdy tego nie robili. U obydwojga tomograf wykazał zwłóknienia w płucach, charakterystyczne dla tej choroby, które stopniowo mają zanikać.

Podobnych przypadków jest więcej, jedna z pracownic Urzędu Miejskiego do ostatniej chwili nie wiedziała, czy zdąży wziąć udział w pogrzebie ukochanej mamy, na szczęście kilka godzin wcześniej dowiedziała się, że jest już zdrowa. Inna popłakała się po tym, jak został potraktowany jej syn. Kobieta była objęta kwarantanną, ale nie była chora, oczywiście jej mąż i syn się od niej odizolowali. Gdy okazało się, że wszyscy są zdrowi, syn poszedł do kolegi, który zareagował jakby jego rówieśnik miał co najmniej malarię! Z kolei sołtys jednej z sulejowskich wsi musiała się zmierzyć z falą nienawiści, po tym jak jej historię opisano w lokalnej gazecie. W artykule sugerowano, że mogła narazić zdrowie premiera Mateusza Morawieckiego, ponieważ uczestniczyła w zorganizowanym w Piotrkowie Trybunalskim wiecu wyborczym szefa rządu. Tymczasem ona nie zdawała sobie sprawy, że mogła mieć kontakt z osobą zarażoną, a o nałożonej na nią kwarantannie dowiedziała się o godzinie 13.00, czyli kilka godzin po zakończonym wiecu. Najgorsze było jednak to co spotkało ją po zakończeniu kwarantanny. W dniu wyborów postanowiła zapytać starszego sąsiada, czy ma czym pojechać na wybory, mężczyźnie towarzyszył zięć, który nagle krzyknął: „dziadek, a ty dokąd!?”, kobieta odpowiedziała, że jest już zdrowa, a mężczyzna odparł: „taa, pewnie, w poniedziałek zachorowała, a dzisiaj jest już zdrowa”. Kobieta poczuła się jakby ktoś splunął jej w twarz, była członkiem komisji wyborczej, ale po tym zdarzeniu zrezygnowała, nie chciała po raz kolejny przeżyć podobnej sytuacji. Ma żal do dziennikarki, która jej zdaniem nie pomyślała, że ludzie będący na kwarantannie mogą być narażeni na agresję. Zresztą słyszała o kilku przypadkach, gdy naruszono czyjąś nietykalność cielesną. Takie są konsekwencje koronawirusowego ostracyzmu.

Chrońcie swoich bliskich, zwłaszcza rodziców oraz dziadków, noście maseczki w pomieszczeniach, trzymajcie odpowiedni dystans i często dezynfekujcie dłonie, ponieważ koronawirus sieje spustoszenie na wielu płaszczyznach, w tym tej psychicznej. Bohaterowie tego tekstu na pewno nigdy nie zapomną tej traumy i obyście Wy, drodzy czytelnicy, nie musieli się z nią nigdy zmagać…